czwartek, 6 kwietnia 2017

Potrzeba umiaru w byciu dobrym rodzicem.

Myślę, że wielu rodziców ma z tym problem. Nie z bycia dobrym czy złym strażnikiem swojego dziecka, ale mamy jednak problem ze znalezieniem równowagi pomiędzy zakazami i nakazami, a po prostu odpuszczeniem i pozwoleniem dziecku na odrobinę swobody. 

Żeby zostać lekarzem, prawnikiem czy psychologiem ludzie uczą się latami, ale żeby zostać rodzicem, wystarczy tylko mieć dziecko.

Podczas pobytu w szpitalu na oddziale położniczym, kiedy po raz drugi zostałam mamą, razem ze mną w pokoju była mama wcześniaka, która wszystko sprawdzała w książce. Było to, jej pierwsze dziecko, długo wyczekiwane. Przyznam, że trochę mnie to śmieszyło, kiedy czytała coś nagłos mężowi związanego z zachowaniem noworodka, ale dziś przyznaję jej rację. Zawsze warto mieć pod ręką wskazówki. Jakąś książkę, która nie tyle co będzie wyrocznią, jak zajmować się maleństwem, ale chociażby wskazówką, bo przecież każde dziecko jest inne. 

Kiedy wróciłam ze szpitala, sama zakupiłam sobie podręcznik Zawitkowskiego "Mamo Tato co Ty na to cz.1" książka jaki i załączona płyta jest super. Bardzo pomocna młodym rodzicom, nawet takim jak jak, którzy mają drugie maleństwo, nie zaszkodzi sobie przypomnieć co i jak. Instynkt daje wiele, ale trochę wiedzy od specjalistów nie zaszkodzi.

Może jednak wrócę do meritum bo trochę odbiegłam od głównej myśli.

Dziś doszłam do wniosku, że funduję swojemu dziecku życie pełne zakazów i nakazów, życie na czas, życie z ograniczoną ilością bajek i słodyczy, czyli życie pełne stresu zarówno dla niej jak i dla mnie. W imię czego, pytam? Nakładam na nas niepotrzebne widmo rzeczy, które wcale mogą się nie wydarzyć. 
Ograniczam cukier, bo córka jest w grupie ryzyka, ze względu na rodzinę męża. 
Ograniczam bajki, bo boję się o jej oczy. 
Poganiam przy porannym ubieraniu, bo trzeba zdążyć na czas. 
Chcę, żeby jadła zdrowo, owoce i warzywa, a okazuje się,że uprawiam jedzeniowy terror, bo chcę żeby odżywiała się prawidłowo. 
I jak zachować w tym wszystkim umiar? Żeby nie mieć wiecznego nerwa, a żeby mała nie żyła w stresie, zmuszana do różnych rzeczy w życiu z ograniczeniami, których nie rozumie, bo przecież jest tylko dzieckiem.
Tu z pomocą przychodzą inne mamy, w tym moja racjonalnie myśląca siostra i tekst znaleziony w 
internecie, (niestety autora nie znam) : 


"Mamo, tato!
Nie zabierajcie mi dzieciństwa.
Woda to nie jedyny napój na świecie.
Od kawałka czekolady nie będę otyły.
Nie potrzebuje bezglutenowej diety, bez wskazania.
Ten katalogowy pokoik wcale nie jest fajny.
Chińska lalka bez atestów jest nawet lepsza niż ta za połowe twojej wypłaty.
Od błota i kurzu jeszcze nikt nie umarł. Nie chce wygladać jak księżniczka/książe na spacerze.
Chce pozdzierać kolana i potargać spodnie.
Patyk z ulicy to nie siedlisko bakterii, tylko moj miecz.
Moje ulubione bajki wcale nie demoralizuja.
Nie chce nowego smartfona - chce zagrać z Tobą w piłkę.
W tej czapce i kurtce na prawdę mi gorąco
Pizza w niedziele zamiast rosołu to nie koniec świata!
Mamo, tato!
Przypomnij sobie swoje dzieciństwo
Powiedz na głos o twoich wspomnieniach
Chleb z cukrem? Baza na drzewie? Owoce prosto z krzaka? Kapiel błotna?
Mamo, tato! To niesamowite. Ja takich wspomnień nie mam 😒
To nie my dzieci jesteśmy inne, mniej poradne.
To ty Mamo, Tato! takiego ze mnie robisz😫
Zaufaj i pozwól być mi dzieckiem.
Teraz, nie jutro.
Jutro już będę dorosłym."


  Może właśnie tu, w głosie dziecka powinniśmy szukać umiaru. Pozwolić dziecku przeżyć dzieciństwo bez stresu, przecież ma być beztrosko i fantastycznie. Ja mam super wspomnienia z dzieciństwa i takie same chciałabym zafundować moim dzieciom. Jutro spróbuję dogadać się z moim dzieckiem, zaraz kończy sześć lat i ma już swój mały rozum, to ja muszę odpuścić, ale mimo wszystko starać się wpoić jej wartości, którymi będzie kierować się całe życie.
No to do dzieła :)

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Potrzeba ograniczenia CUKRU

Współczesny świat funduje naszym dzieciom nadmiar przetworzonego cukru

W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych kiedy byłam dzieckiem na półkach sklepów nie było tylu słodyczy co dziś. Najbardziej w pamięci utkwiły mi ciasteczka Be-Be (pięć groszy za opakowanie :) , smakowe Flipsy (55 groszy za paczkę) i okrągłe, płaskie lizaki z wzorem przekrojonej pomarańczy lub kwiatkiem, można je kupić do dziś i czasem z sentymentu jeszcze je nabywam.

Słodycze robiła nam mama. Tylko wtedy za słodycze uznawałyśmy z siostrą budyń, kisiel i galaretkę z owocami, którą zajadałyśmy się w każdy weekend. Każdą sklepową czekoladę lub batona się celebrowało, bo były rzadkością w naszych buziach, ale za to bardzo docenianą.

Choć najlepsze wspomnienie z dzieciństwa mam z niedzielnych poranków, kiedy budził mnie zapach rosołu, a przed śniadaniem mam pozwalała nam zjeść kawałek ciasta, w czasie kiedy wszyscy oglądaliśmy wspólnie "Siódme niebo". Ciasto piekłyśmy zawsze razem w sobotę, a największą atrakcją było wylizanie pałki i miski MNIAM.

Pamiętam jak do obiadu piło się kompot, kto wtedy słyszał o sokach z kartonika, a Coca Cola to był rarytas, ja jednak wolałam oranżadę albo soczki z przeźroczystych woreczków PYCHOTA.
Dziś sklepowe półki uginają się od nadmiaru przetworzonego cukru, który nasze dzieci spożywają w niezliczonych ilości jako ich ukochane słodycze.

Pamiętam jak latem kładłam z mamą do słoików wiśnie, gruszki, śliwki i inne owoce sezonowe, które z ogromną chęcią wyjadałam zimą, a dziś moja córka nie chce nawet tego spróbować, ba nie je nawet kanapki z dżemem  więc jak mogłaby uraczyć swe kupki smakowe całym owocem. Jako matka przeżywam koszmar kiedy moje dziecko siada do stołu. Ciągle próbuje i ciągle ponoszę porażkę. Poddaje się i znów próbuję.
To wołanie o pomoc!!!!!